sobota, 17 sierpnia 2013

Wolność drzemie gdzieś w żyłach.


Spytaj mnie o to dziś : " Kim tak naprawdę teraz jesteś?"
odpowiem: jestem wolnym człowiekiem i dusi mnie zamknięta przestrzeń,
i póki co na szczęście , mam wolny wybór i resztki woli jeszcze ,
więc wybieram szybszy puls , adrenalinę i krystaliczne powietrze.
Nie zdusi mnie schemat cudzego życia , mam pomysły własne,
i sam decyduje kiedy się budzę albo kiedy zasnę.
Nie narzucisz mi życia tempa , nie wytyczysz na życie planów,
bo moje ego ociera się o chmury i wcale nie potrzebuje Zjednoczonych Stanów,
żeby poczuć High Life , czerpać z życia i odnajdywać się  na tych osiedlach
i wolę moich ziomków  w dresach , niż   garnitury na Wall Street , nawet jeśli miałbym przegrać.
I choć czasem czuję się tu jak więzień , to nie porównasz mnie do więźnia,
nie jeden już próbował mnie zmienić , i sam się przez to zbeształ,
bo jakoś kurwa nie pamiętam ,żebym zrobił coś czego sam bym nie chciał.
I chociaż mam 22 lata i czuję ,że to mojego życia jest pół metek,
wciąż jak kiedyś łapię momenty i chwile , kruszę je w palcach i wsypuję do bletek,
zwijam , odpalam i zaciągam się ,aż do samego dna moich płuc,
po to ,żeby po kilku latach powiedzieć bez zastanowienia: "Chcieć to znaczy móc".
Bo w wielu sytuacjach , z ręką na sercu mam świadomość ,że zrobiłem co mogłem,
i zrozumiałem ,że gdy od czegoś uciekasz , to i tak pozostaje problem.
Chociaż gdybym tylko siedział i myślał co jutro może się znowu przydarzyć,
pewnie miałbym depresję , siwe włosy i jedyne co byś widział na mojej twarzy,
to strach , brak snu , lęk i patrząc na mnie miałbyś żywy obraz,
jak wygląda autodestrukcja i jak mocno w obawach pogrążyć się można.
Przestałem analizować przeszłość , chociaż czasem flash back mi się zdarzy,
ale nie chcę wtedy nic złego pamiętać z tamtych dni i chcę widzieć tylko te kilka twarzy.
Które gdzieś w moim życiu  odegrały mniej lub bardziej znaczącą rolę,
i albo są nadal ze mną , albo poszli w pizdu , niestety taka losu kolej.
Pogodziłem się z tym i to nie jest tak ,że ludzi traktuję przedmiotowo,
bo szanuję i kocham tych którzy są zawsze ze mną , ale robię to z głową.
Nawet w najbliższych relacjach potrzebny jest chociaż minimalny dystans,
bo przekonałem się ,że często z uczuć gorących jak żar pozostaje tylko iskra.
I praktycznie nie możliwym jest ponownie z niej ogień wzniecić,
nie wiem czy wiesz o co mi chodzi , ale nawet już jako małe dzieci
poznajemy świat , ludzi i zaczynamy rozumieć "co z czym się jje",
i nie mówię o banałach typu: "Zawsze po nocy przychodzi dzień".
Dla mnie logiczne jest to , że kiedy czymś lub w relacjach z kimś się sparzysz,
to nie rzucasz tego ot tak pod nogi i nie ciśniesz przed siebie z uśmiechem na twarzy,
tylko wyciągasz wnioski i zakładasz sobie ,że drugi raz to Ci się nie zdarzy.
Więc stąd mam ten dystans i to jest coś co sprawia ,że czuję się pewniej,
i stawiam pewne i stabilne kroki , nawet kiedy myśli chwiejne,
pomieszane jak puzzle i gdy chwilowo nie mam czasu żeby je posortować,
to wiem ,że potrafię być spokojny i dam radę normalnie funkcjonować.
I chyba jestem szczęśliwy , bo mimo wielu sytuacji na kolanach, potrafiłem się podnieść,
otrzepać nogawki ,strzepać kurz z barków ,zetrzeć pot z czoła i znów próbować żyć godnie.
I jedyne co sprawia ,że nie czuję w sobie stu procentowej harmonii,
to moje upośledzone emocje , których albo już nie ma albo dogorywają w agonii.
Zbyt często czuję się wyprany z uczuć i dziwnie nie przeszkadza mi to egzystować,
podczas gdy kiedyś miałem ich w sobie tyle ,że bałem się żeby nie eksplodować
przez  ich nadmiar , który wypełniał mnie od głowy po czubki moich kończyn,
ale tak jest chyba lepiej ,bo albo bym dostał pierdolca albo żywot swój skończył.
Ale z drugiej strony chyba nie jestem sobą do końca  i czasem czuję się pieprzonym egoistą,
i nie wiem czy chcę coś z tym zrobić... tak zagmatwane i popierdolone jest to wszystko.
Podobno w naturze istnieje 'harmonia' - to słowo dla mnie jest dzisiaj tak jakby obce,
bo chyba więcej rozumiem i więcej rzeczy umiem nazwać niż kiedy byłem tym małym chłopcem,
który chłonął to co świat raczył mu pokazać w takim świetle ,żeby nic nie było jasne,
i straszył czymś na każdym kroku do tego stopnia,żebym miał wrażenie ,że znowu nie zasnę.
Mam dość się bać i obawiać się czegoś co mnie może ale nie musi tak naprawdę spotkać,
i wiem ,że to jest coś co sprawia ,że czasem czuję się rozrywany od środka.
Więc naprawiam jak potrafię , każdy wybrakowany fragment tej układanki,
bo wolę zaglądać wgłąb siebie , niż z braku perspektyw wgłąb szklanki.
Nie chcę niczego zapomnieć , bo tak naprawdę już nie wiele pamiętam,
i przestałem szukać prostych dróg... może być i ta najbardziej kręta,
bo i tak przez Nią przejdę , bogatszy o milion nowych doświadczeń,
i nawet jeśli nie znajdę ponownie źródła uczuć i emocji , to i tak inaczej na to patrzę,
bo zdaję sobie sprawę ,że nic nie może być takie same na wieczność...no cóż tak bywa
i może ja też nie jestem taki sam , ale to mój  świadomy wybór a nie czyjaś dyrektywa.